Manifest

Naszym celem jest zapewnienie dostępu do ciekawych oraz unikatowych filmów wszystkim zainteresowanym. Strona ma charakter niekomercyjny i nie pobieramy od nikogo żadnych opłat. Wychodzimy naprzeciw zapotrzebowaniom, ponieważ obecnie panuje deficyt stron internetowych z ciekawymi filmami.

Mimo likwidacji Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk w 1989 roku w Polsce nadal dochodzi do ograniczania swobód obywatelskich w zakresie wolności wyrażania poglądów i twórczości artystycznej. Zmieniła się forma: miejsce oficjalnej cenzury prewencyjnej zajęła nieoficjalna cenzura represyjna, posługująca się naciskiem ekonomicznym, prawnym lub administracyjnym do tłumienia, zatrzymywania eliminowania tych dzieł sztuki i wypowiedzi, które nie są zgodne z ideologią polityczną, normami obyczajowymi, doktrynami religijnymi bądź polityką korporacyjną.

Korzystamy z wolności korzystania z dóbr kultury, które są prawem człowieka zapisanym w Powszechnej Deklaracji: "Każdy człowiek ma prawo do swobodnego uczestniczenia w życiu kulturalnym swojej społeczności, do korzystania ze zdobyczy kultury, do uczestniczenia w postępie nauki i do korzystania z jej dobrodziejstw".

 

Oskarżam!

W jaki sposób kino może mówić o kryzysie ekonomicznym? Jak może przedstawić skomplikowane procesy gospodarcze, które do niego doprowadziły, pokazać wiążące się z nim polityczne problemy i stawki? Czy może być narzędziem wyrafinowanej polityczno-ekonomicznej publicystyki, zdolnej krytycznie opisać płynny turbokapitalizm opierający się na alchemii instrumentów pochodnych, kreatywnej księgowości i przepływach pieniędzy przez labirynty instytucji systemu bankowego?

Na pewno na ekranie łatwo jest pokazać gniew ludzi dotkniętych przez ostatni kryzys: rozpacz rodzin eksmitowanych z domów, desperację bezrobotnych, od miesięcy niemogących znaleźć żadnego płatnego zajęcia, czy upodlenie pracowników zmuszonych do przyjmowania pracy w warunkach, na które jeszcze kilka lat wcześniej nawet do głowy nie przyszłoby im się zgodzić. Trudniej pokazać jest generujący te wszystkie zjawiska mechanizm, obieg pieniądza w światowym systemie gospodarczym, sieć złożonych, skomplikowanych połączeń, jakie tworzy.

Taką próbę podejmuje nagrodzony w tym roku Oscarem dla najlepszego dokumentu film Inside Job Charlesa Fergusona. Przedstawia z wielką rzetelnością źródła, przyczyny i przebieg kryzysu finansowego spowodowanego przez pęknięcie bańki „złych długów” (przede wszystkim opartych na kredytach hipotecznych typu subprime), co doprowadziło do bankructwa dwa czołowe amerykańskie banki inwestycyjne – Bear Stearns i Lehman Brothers – a na jego skraj giganta rynku ubezpieczeń, AIG. Autorzy filmu tworzą następującą narrację historyczną: od końca drugiej wojny światowej do lat 80. kapitalizm przeżywał swoje złote półwiecze. System finansowy służył wtedy przede wszystkim potrzebom „realnej gospodarki”, produkcji zaspokajającej podstawowe, rzeczywiste potrzeby ludzkie. Nie wynikało to ze szczególnej dobroci bankierów z tamtych lat, ale z regulacji przyjętych w latach 30., które wymusiły na bankach takie postępowanie. Banki inwestycyjne, zaangażowane w wysoce ryzykowne przedsięwzięcia finansowe, były ściśle oddzielone od całej reszty systemu finansowego; same odpowiadały za wytwarzane przez nich ryzyko – nie rozlewało się ono na całość systemu. Bankowcy często nie zarabiali wielkich pieniędzy, o wiele większe zarobki i prestiż czekały na osoby na wysokich stanowiskach w produktywnych sektorach gospodarki.

Wszystko to zmienia się w latach 80., wraz z deregulacją systemu bankowego zapoczątkowaną przez administrację Reagana, a konsekwentnie kontynuowaną przez administracje obu Bushów i Clintona. Deregulacje te umożliwiły bankom spekulacje na szerszą skalę za pomocą nowych, wyrafinowanych instrumentów finansowych (takich jak kontrakty CDS czy CDO), wyłączonych spod normalnego nadzoru bankowego. Sprawiły także, że wytwarzane przez nich ryzyko zaczęło dotykać całego sektora finansowego, a pośrednio także całej gospodarki. Nowy system finansowy wytworzył kulturę wysoce ryzykownych, racjonalnych wyłącznie w krótkoterminowej perspektywie zachowań, na których zarabiały finansowe elity, a traciła cała reszta społeczeństwa.

Ta narracja jest zasadniczo słuszna, choć brakuje w niej kilku elementów. Autorzy filmu w żaden sposób nie zastanawiają się nad tym, że finansowa deregulacja nie jest wyłącznie kwestią politycznych decyzji, chciwości i lobbingu, ale symptomem pewnego strukturalnego kryzysu kapitalizmu (a przynajmniej kryzysu w ramach długiego cyklu koniunkturalnego). Na pewno Inside Job nie jest filmem antykapitalistycznym. Choć bezlitośnie oskarża współczesny kapitalizm, to przeciwstawia mu nie jakąś utopię, ale „newdealowski”, regulowany kapitalizm, osadzony w strukturach państwa dobrobytu, dbającego o jak najbardziej racjonalną – z punktu widzenia długoterminowych interesów większości – alokację zasobów i dystrybucję zysków.

Film momentami sugeruje, że samo ponowne uregulowanie systemu rozwiązałoby większość problemów. Choć rola deregulacji rynków finansowych jest nie do przecenienia, to nie można rozpatrywać jej w oderwaniu od wzrostu nierówności dochodowych i majątkowych w Stanach. Od czasów Nixona średnie płace realne właściwie stoją tu w miejscu, a wielkość majątku znajdująca się w rękach 1% najbogatszych ciągle rośnie. Niskie płace i konieczność finansowania konsumpcji z długu były, obok świadomej spekulacji banków, drugim czynnikiem pompującym bańkę spekulacyjną kredytów subprime – film niestety tylko sygnalizuje te kwestie.

Ale Inside Job jest nie tylko rekonstrukcją pewnego stanu faktycznego, ale także interwencją polityczną, filmowym „J’accuse!” („Oskarżam!”) skierowanym pod adresem osób odpowiedzialnych za katastrofalną sytuację ekonomiczną, w jakiej ciągle się znajdujemy (nie wiadomo, jak długo potrwa recesja i jaka będzie jej dynamika) od 2008 roku. Film wskazuje osoby, które ponoszą odpowiedzialność za obecną sytuację, osoby, które wiedziały, że wszystko zmierza do katastrofy, ale – słusznie przekonane, że nawet jeśli wszyscy stracą, to akurat one na pewno zarobią – nie zrobiło nic, by choćby zminimalizować jej rozmiary. Są to politycy odpowiedzialni za stan prawny umożliwiający orgię spekulacji, bankierzy i innych przedstawiciele elit finansowych, funkcjonariusze instytucji kontrolnych (mających w teorii stać na straży prawidłowego funkcjonowania systemu), wreszcie ekonomiści.

Ci ostatni, korzystając z kapitału symbolicznego, jaki daje etat na prestiżowej uczelni, produkowaną przez siebie „wiedzą” usprawiedliwiali dalsze deregulacje i przekonywali opinię publiczną, jak wspaniałe perspektywy rysują się przed gospodarką opartą na spekulacji i długu. Hojnie odwdzięczały im się za to najpotężniejsze instytucje systemu finansowego, czy to synekurami w radach nadzorczych i stanowiskami w zarządach, czy to opiewającymi na setki tysięcy dolarów honorariami za napisanie kilkudziesięciostronicowego raportu. Obraz skorumpowania akademickiej ekonomii w Stanach jest zupełnie porażający, tak samo jak cyniczna bezczelność samych ekonomistów, którzy nie widzą żadnego problemu w swoim postępowaniu i są szczerze zdziwieni, że ktokolwiek ma problem z tym, że za raporty wychwalające deregulacje bankowe płacą im sami bankierzy.

Ferguson, oskarżając amerykańskie elity, przyjmuje nieco inną strategię niż Michael Moore. Różnica między Inside Job a Kapitalizm, moja miłość (Capitalism: A Love Story) jest taka, jak między dobrze przygotowanym, opartym na drobiazgowo opracowanych dowodach aktem oskarżenia a pełną gniewu mową wiecową. Struktura Inside Job upodabnia ten film do dramatu sądowego. Narratorem jest Matt Damon – słuchając jego słów z offu, nietrudno wyobrazić go sobie w roli idealistycznego, rzutkiego prokuratora, który nagle dostaje sprawę życia – może posadzić za kratami ludzi z samego szczytu elit biznesu i władzy, co na pewno otworzy przed nim drogę do dalszej prawniczej i politycznej kariery. Mamy przesłuchiwanych oskarżonych (bankierów, polityków, ekonomistów, urzędników). Ci, którzy zgodzili się wystąpić przed kamerą, plączą się w zeznaniach, zasłaniają brakiem pamięci, idą w zaparte albo po prostu udają idiotów. Oglądając ich wykręty, tylko czekamy, aż któryś w końcu powoła się na piątą poprawkę. Są wreszcie świadkowie oskarżenia – niezależni eksperci, nieskorumpowani ekonomiści od dawna przestrzegający przed kryzysem (Nouriel Roubini), finansiści i politycy dystansujący się – w mniejszym na ogół niż większym stopniu – od neoliberalizmu (George Soros, Dominique Strauss-Kahn), działacze społeczni i ofiary kryzysu.

Choć wywód Fergusona nie pozostawia wątpliwości, że duża część postawionych przez niego w stan oskarżenia osób odpowiada za kryzys nie tylko w sensie moralnym i politycznym, ale także prawnym, poza ekranem nie spadł im włos z głowy. Za kryzys zapłacili wszyscy amerykańscy podatnicy – a bankierzy świetnie na nim zarobili. Państwo wyrównało poniesione przez nich straty, nie dostając praktycznie nic w zamian. Zaraz po tym, jak banki zainkasowały miliony dolarów państwowej pomocy, ich szefostwo wypłaciło sobie sute premie. Ferguson pokazuje, że duża część interesów wśród pracowników najbardziej prestiżowych instytucji finansowych załatwiana jest w towarzystwie luksusowych prostytutek i z kilogramami kokainy. Służby policyjne, gdyby tylko miały taką polityczną wolę, bardzo łatwo mogłyby skłonić ludzi zaangażowanych w tak ryzykowne rozrywki do mówienia. Ale takiej politycznej woli nie ma. Ludzie, którzy doprowadzili cały system gospodarczy na skraj przepaści, mają się świetnie. Trochę musieli się tłumaczyć w mediach, złożyli zeznania przed Kongresem – za kilkadziesiąt milionów dolarów nie takie rzeczy można wytrzymać.

Ferguson, zgodnie z najlepszymi tradycjami filmowca zaangażowanego, mówi im „oskarżam!”. Nawet jeśli ten akt oskarżenia nie sięga czasami, tam gdzie powinien, to od czegoś przecież trzeba zacząć.

Jakub Majmurek

źródło: krytykapolityczna.pl

Film nie działa? - daj nam znać, naprawimy to!

Komentarze

A Ty co sądzisz?